Przejdź do głównej zawartości

Wieczór panieński w Hiszpanii


Mamy wiosnę i zaczął się już sezon weselny. W związku z tym pomyślałam, że jesteście ciekawi jak wygląda wesele w Hiszpanii. Ale zanim dowiecie się na ten temat więcej, opowiem Wam trochę o tym jak wygląda typowy wieczór panieński/kawalerski w Hiszpanii (ja będę mówić wieczór panieński, bo takowy przeżyłam - to jest właściwe słowo). Aby lepiej zareklamować ten wpis dodam, że będzie dużo przeżyć osobistych.

Jak wiadomo wieczór panieński ma być niespodzianką dla pani młodej, która o niczym nie wie, ale listę "gości" i numery kontaktowe musi podać. Tak więc jeśli, ktoś się o to Was pyta, to znaczy, że szykuje się niespodzianka. Oczywiście data niespodzianki też była ze mną uzgodniona. Przed wielkim dniem dostałam tylko instrukcję, żeby zakupić białą koszulkę na ramiączkach i białe baleriny (wytłumaczenie znajdziecie na powyższym zdjęciu). Dodatkowo miałam spakować małą walizkę, bo szykował się wyjazd na 2 w 1 (2 dni i 1 noc).

Kiedy nadchodzi wielki dzień, od samego rana trzeba być przygotowanym, bo nigdy nie wiesz kiedy po ciebie przyjdą. Ja miałam szczęście, bo za organizację mojego wieczoru panieńskiego była odpowiedzialna moja szwagierka, która ma problem z utrzymaniem tajemnic. Nawet nie musiałam bardzo na nią naciskać i mi powiedziała, że obiad mogę zjeść spokojnie. O godzinie 16 przyszedł pod blok tłum rozwydrzonych dziewczyn z megafonem. Wszystkie ubrane w różowe t-shirty i opaski z uszami króliczymi (tutaj dodam, że nie zginęło żadne zwierzę, uszy były sztuczne). Tłum wdarł się do klatki schodowej i krzykami zwabił mnie na dół. Tam, zostałam przebrana z sexy blondynki na sexy króliczka. Oczywiście walizka była podpuchą i miałam wziąć ze sobą tylko sweterek i torebkę. Ja miałam szczęście, bo mnie dziewczyny przebrały. Mojego męża chłopaki rozebrali (miał na sobie tylko spódniczkę z tiulu, slipki, buty, skrzydła, aureolę i najważniejszy atrybut - okulary przeciwsłoneczne).

Wróćmy jednak do mojego wieczoru panieńskiego. Wyszłyśmy z bloku hałasując. Dziewczyny puściły muzyczkę disco polo z komórki (takie byłyśmy nowoczesne) i od tego momentu zaczęła się moja niedola. Dziewczyny przygotowały dla mnie zadania wyzwania, które musiałam spełnić zanim wyjdę za mąż. No a że ja Polka jestem, uniosłam się polskim honorem zwanym "no co? że ja nie zrobię? ja ci pokażę!" i przyjęłam wyzwanie na klatę. Moja odwaga była jednak typowo polska "mój dziadek walczył o Polskę, mój ojciec walczył o Polskę i ja będę walczyć jak dziad!". Jako pierwsze zadanie miałam zatańczyć na środku ronda jakiś polski taniec (padło na krakowiaka). Jeszcze w życiu nie słyszałam tylu oklasków klaksonami samochodów. Nie powiem, było przyjemnie. Kolejne zadanie było trochę cięższe, bo weszłyśmy do supermarketu i miałam poprosić kasjera w języku polskim o buziaka. Kasjer był trochę sztywny i było ciężko, ale się udało. Trzecie zadanie było dość przyjemne. Miałam wejść do baru i poprosić o darmowe piwo. Wybrałam więc bar z dużą ilością starszych dziadków, którym na mój widok szczęka opadła (dosłownie), i którzy byli chętni "zaprosić" na piwo. Oczywiście szef baru nie pozwolił na to i sam osobiście wręczył mi piwo (jedno dla mnie i drugie dla koleżanek). Zadanie zaliczone podwójnie. Czas na czwarte zadanie. Miałam wejść do sklepu typu warzywniak i poprosić o banana. Chłopak na początku się opierał, ale za cenę buziaka od blondynki oddał banana w moje ręce (ok, dziwnie to zabrzmiało). Oczywiście na tym zadanie się nie kończyło. Musiałam zjeść banana w jak najbardziej erotyczny sposób (dziwne zadanie, bo jak je tu ocenić?). Czas na piąte i ostatnie zadanie. Wbrew pozorom łatwe do wykonania a jednak okazało się być bardzo trudne. Wszystkiemu był winien czynnik zewnętrzny. Otóż miałam wyciągnąć do tańca na środku placu 2 chłopaków, którzy siedzieli na tarasie kafejki. Pech chciał, że byli bardzo wstydliwi. I tak ostatnie zadanie zostało mi niezaliczone. Mimo wszystko wynik meczu 4-1 dla mnie zakończył się uznaniem całego wyzwania.

Czas na odpoczynek. Dziewczyny zamówiły w lokalnym barze pizzę i po podwieczorku wręczyły mi prezent w postaci sexy bielizny (używam :)). Ale to nie koniec przygód. O godzinie 19:30 na wskazany przystanek podjechał specjalny party autobus, który zabrał nas do mekki wieczorów panieńskich i kawalerskich a mianowicie do miejscowości Salou. Po drodze autobus zabrał inne panny młode i ich koleżanki. Tak więc w prawie 50 osób dotarłyśmy do kompleksu obiektów specjalnie przygotowanych na tego typu wydarzenia. Obiekt znajdował się poza miastem, więc impreza nie przeszkadzała mieszkańcom i turystom. Jednorazowo na grupowych wieczorach panieńskich i kawalerskich bawi się nawet 1000 osób!!

Na miejscu czekała na nas kolacja. Miałyśmy własny stolik. Jedzenie średnie, ale zabawa przednia. Po kolacji wszyscy przyszli nowożeńcy mieli wyjść na scenę i się przedstawić. Impreza prowadzona była przez Drag Queen. Były także konkursy, w których można było wygrać szampana dla swojej grupy gości. Chłopcy przyszli żonkosie brali udział w konkursie na najlepszy striptiz (szału nie było, kończyło się na pokazaniu kawałku owłosionego pośladka). Dziewczyny przyszły panny młode (w tym ja) brały udział w konkursie na seksowny taniec. Niestety nie wygrałam, no bo jak tu mieć kocie ruchy będąc przebranym za królika, hm?


Zdjęcie powyżej jest kluczowe, bo dotyczy konkursu w parze, który wraz z "kolegą" wygraliśmy. Teraz nie wiem czy śmiać się czy płakać bo dotyczył on udawania rozkoszy w jej kulminacyjnym momencie potocznie zwanym orgazmem. Najważniejsze, że butelki szampana trafiły w nasze ręce.

Kolejną atrakcją był pokaz sztucznych ogni przy basenach wraz z toastem za kawalerów i panny. W ramach dodatkowej atrakcji odbyła się lekcja sexy tańca dla płci męskiej i żeńskiej (osobno) prowadzona przez tancerza bliżej nieokreślonej narodowości.

Po tańcach czekał na nas barek na kółkach. Oznacza to, że im szybciej pedałowaliśmy tym więcej piwa nam podawali (dziwna zależność). W między czasie sale, w których jedliśmy kolację zmieniły się w wielkie sale dyskotekowe. W czasie trwania dyskoteki można było przejechać się limuzyną, w której serwowano lampkę szampana (oczywiście atrakcja tylko dla przyszłych nowożeńców). Ja postanowiłam przejechać się limuzyną jej ostatnim kursem. Ponieważ było wystarczająco miejsca zabrałam ze sobą szwagierkę. Limuzyna wprawdzie była atrakcją, ale jeszcze większą atrakcją była stłuczka limuzyny i taksówki (i to w momencie podjazdu na parking po skończonym kursie).  Na koniec obowiązkowy profesjonalny striptiz dla pań i panów i po nocy picia i szaleństwa można wrócić do domu o 9 rano dnia kolejnego.

Ogólnie bawiłam się bardzo dobrze, ale też napatrzyłam się na za dużo rozpusty i pijaństwa. Każdy bawił się tak jak lubi i jak umie.

Na zakończenie chcę Wam pokazać na filmie jak wygląda taka grupowa zabawa (bez podtekstów). Film promocyjny Salou Events, La Isla de las despedidas.

Już za tydzień dowiecie się więcej o tym jak wygląda wesele w Hiszpanii.

Komentarze